JABŁONIEC 1914
Limanowskie Stowarzyszenie Historii Ożywionej
Aktualności
dodano: 08-10-2020 20:18:00,
odsłon: 48
PL
Dömös z polskim akcentem
W Zakolu Dunaju (Dunakanyar)

 

 

Dömös, kościół katolicki pw. Świętego Stefana Króla (Dömösi Szent István király templom), przy drodze nr 11. Z lewej, pomnik z kamienia wzniesiony w maju 1940 roku przez wdzięcznych polskich oficerów. Na północnej ścianie świątyni dwie tablice: niższa, starsza, z czasów wojny, i późniejsza, upamiętniające pomoc udzieloną przez naród węgierski polskim uchodźcom.

 

 

   Tegoroczny - krótki niestety - wypad na Węgry, kolejny już raz potwierdził to, co fascynuje mnie podczas zwiedzania kraju naszych Bratanków Madziarów. Na czym polega ów fenomen? Wedle mnie, nawet nie wspaniałe zabytki i przysłowiowa gościnność mieszkańców, a to, że na każdym niemal kroku – czy to w  miastach, czy też na wsiach - można natknąć się na ślady ponadtysiącletnich więzów łączących oba bratnie narody. Należy dodać, iż owe ślady są pielęgnowane. Tablica w ostrzyhomskiej archikatedrze, pomnik w Párkánach, tablica w Szécsény, pomnik i tablice w Dömös, itd.  Przykłady można mnożyć w nieskończoność, bez krzty przesady.

 

 

 

 

Kwintesencja przyjaźni polsko - węgierskiej.

 

 

 

   Dömös to niewielka miejscowość, licząca niewiele ponad tysiąc mieszkańców, położona malowniczo na prawym brzegu Dunaju, u podnóża Gór Wyszehradzkich, przy drodze nr 11, między Esztergomem (Ostrzyhomiem) a Wyszehradem. Do Budapesztu też blisko, bo raptem 45 km. Wokół rozpościera się Narodowy Park Dunaju i Ipoly (Duna-Ipoly Nemzeti Park). O Dömös wspomniałem we wcześniejszej relacji z wędrówki wąwozem Rám (Rám-szakadék). Stąd wiodą szlaki turystyczne w Góry Wyszehradzkie i Góry Pilis. Jest tu również przystań dla statków białej żeglugi. Osada była zamieszkana już w neolicie. Na początku naszej ery stacjonowały tu rzymskie legiony, strzegące północnych rubieży Imperium Rzymskiego. Potem przyszły na te ziemie ludy Hunów i Awarów, a pod koniec IX wieku plemiona madziarskie. Na wzgórzu Árpád odkryto reszki ziemnej warowni z czasów dynastii Arpadów. Czasy późniejsze dopisały burzliwe wątki w kronikach osady (najazd mongolski, okupacja turecka), ale ja skupię się na historii stosunkowo nieodległej. Otóż w czasie II wojny światowej, w   Dömös, znaleźli schronienie polscy żołnierze; funkcjonował tu obóz dla internowanych oficerów. Słowo „obóz” w zasadzie jest użyte niezbyt fortunnie, jako że nie było tu ani baraków, ani ogrodzenia z drutu kolczastego, ani też wież wartowniczych z uzbrojonymi załogami. Polscy oficerowie zostali zakwaterowani w pensjonatach. Poniżej zamieszczam wspomnienia jednego z oficerów, który przez krótki czas przebywał w Dömös:

 

   „Nas, oficerów z inż. L. Ossowskim (wcześniej uzgodniliśmy to z mjr Sienkiewiczem) odesłano do obozu internowania w Dömös - fonetycznie Demesz. Było tam sporo grup wcześniejszych przybyszów. Dowódcą był emerytowany płk węgierski i płk polski – nazwisk nie pamiętam.
   Byliśmy rozlokowani w pustych po urlopowiczach pensjonatach z pełnym utrzymaniem. W obozie głównym tematem rozmów była ucieczka do Francji. Pierwszy warunek do spełnienia był - dostać się do Budapesztu i polskiego konsulatu i konsula płk Adama Bogorii Zakrzewskiego. Trudność polegała na tym, że stacja kolejowa do Budapesztu była po drugiej stronie Dunaju, trzeba było przejść przez most, a na moście był wartownik. Był tam też obóz polski, a w nim mój dowódca plutonu z Różan n/Narwią kpt. Rozborski. Postanowiłem tam się przenieść. Strażnik przeprowadził mnie przez most. Dowódca Węgier zapytał mnie dlaczego się przenoszę, czy było mi źle, jednak uwzględnił, że chcę być z moim przyjacielem kpt Rozborskim.
   Próba ucieczki nie udała się i bardzo dobrze. W obozie życie płynęło normalnym torem. Nie można było wciąż rozpaczać nad tragedią jak nas spotkała. Wieczory spędzaliśmy w zaprzyjaźnionym barze dyskutując i popijając wino. Raz rozmawialiśmy o tradycjach ułańskich. Rozmawialiśmy o 8 Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego, gdzie było wielu oficerów służących podczas okupacji i w 1 Pułku Ułanów - Ulanen Regiment, Ritter von Brudermann Nr.1 (Numerow Eins). Ktoś - może Leon Ossowski zanucił tą znaną nam przyśpiewkę i z tego wyszła wielka awantura. Mieliśmy wszyscy stawać do raportu polskiego komendanta obozu. Sprawa się przeciągnęła, a w grudniu zmontowaliśmy ucieczkę do Budapesztu do konsulatu (ucieczka łódką przez Dunaj). Jugosławia – (grudzień) 1939r. Dostaliśmy cywilne ubrania, pieniądze na podróż i przewodnika do granicy jugosłowiańskiej. Granicę przeszliśmy w pewnym miejscu na zielono do najbliższej stacji i kupiliśmy bilet do Zagrzebia. Tam spotkał nas kontakt i odwiózł do Splitu. Tu musieliśmy poczekać pewien czas na statek do Marsylii. W Splicie była piękna, letnia pogoda. Ciepło, słońce, szmaragdowy Adriatyk. Mieliśmy wolność poruszania się po mieście z zastrzeżeniem - nie afiszować się specjalnie grupami. Jugosłowianie byli nam przychylni, ale wszędzie byli niemieccy szpiedzy wyszukujący „podróżników Sikorskiego” jak nas nazywano – krótki pobyt w Splicie mile wspominam. W grudniu ± 20/24 przypłynęliśmy do Marsylii. Krótki pobyt w Camp de Carpiagne. Jeszcze w grudniu dojechaliśmy do Paryża, koszar Bessire gdzie odbyła się weryfikacja.”

(Za: http://ulan-wolynski.org.pl/biuletyn44.html)

 

 

 

 

Karta pocztowa wysłana z Dömös (Bergmann Panzió) 12 lutego 1940 roku do okupowanego Kraju. Tysiące podobnych kart i listów przynosiły rodzinom upragnione wieści o losach ojców, mężów, braci, kolegów, sąsiadów. Niektóre szły na konspiracyjne adresy z zakamuflowanymi informacjami; przerzut przez granicę polsko-węgierską, w obydwie strony, funkcjonował prawie przez całą wojnę. Na rewersie tejże karty, w korespondencji, mowa jest m.in. o tajemniczych przyjaciołach z biura (wymienione ich imiona), którzy jeszcze nie napisali. Dane adresowe zniekształcone przeze mnie z wiadomych przyczyn (w zbiorach autora).

 

   Wielki Przyjaciel i Opiekun Polaków, József Antall Senior, we wspomnieniach spisanych w książce „Schronienie uchodźców'” pisze m.in.:

 

   „Większość pierwszych uchodźców ulokowano we wsiach komitatów północnych. W pierwszych dniach nie działały u nas władze centralne, komitety Czerwonego Krzyża, ani inne organizacje, które by mogły służyć Polakom pomocą. Wzięli ich pod opiekę mieszkańcy wsi, chłopi, umieszczając w swych wysprzątanych pokojach. Ale nie tylko zakwaterowali, lecz przyjęli jako członków rodziny, co oznaczało, że pewne rodziny powiększyły się i na stołach musiały się znaleźć obfitsze śniadania, kolacje. Wszystko, co mieli, dawali z dobroci serca. Nie świadczyli jednak tysiącom Polaków jałmużny, lecz braterską pomoc. Traktowali ich jak gości, sam Henryk Sławik, późniejszy pełnomocnik rządu, opowiadał na oficjalnym polsko – węgierskim spotkaniu (w Egerze), iż po przekroczeniu granicy znajdował się często w nieprzyjemnej sytuacji, ponieważ członkowie rodziny gospodarza dostawali uboższy, skromniejszy obiad czy kolację, niż on, uchodźca.

 

   Później, już oficjalnie zajmując się sprawami uchodźców, odwiedzałem te wsie północnych Węgier, w których przyjęto Polaków w wyniku samorzutnego zobowiązania. Informowałem ludzi wsi, że rząd pokrywa wstecz należne koszty utrzymania wszystkich polskich uchodźców. Większość z nich oświadczała urażona, że „nie przyjmą nic za dwa-trzy tygodnie wstecz” - nawet od państwa, bo Polaków traktują jak gości i wiedzą, co to honor.

 

   Nie jestem powołany do tego, by to pojmowanie honoru w stosunku do polskich uchodźców przez zwyczajnych, szarych ludzi analizować metodami psychologii.

 

   Ułożyłem tyko – choćby tylko z kilku elementów – bukiet honoru narodu węgierskiego, honoru zwyczajnych Węgrów, by go złożyć na żywym w naszych sercach pomniku przyjaźni polsko – węgierskiej.”

 

   Jest miesiąc październik. Osiemdziesiąt jeden lat temu przez polsko - węgierską granicę trwał nadal eksodus uchodźców wojennych. Szacuje się, iż w okresie od jesieni 1939 roku do końca lata 1940 roku ponad 100 tysięcy polskich uchodźców znalazło schronienie na Węgrzech. W niektórych źródłach pojawia się nawet liczba 140 tysięcy, i więcej. Polecam w temacie do przeczytania dobry artykuł: https://geopolityka.net/goraca-jesien-granica-wegiersko-polska-w-1939-roku/

 

 

 

Tekst i fotografie: Marek Sukiennik

 

 

Bibliografia:

  1. József Antall, Schronienie uchodźców, FRONDA, Warszawa 2009.
  2. http://ulan-wolynski.org.pl/biuletyn44.html
 
Limanowskie Stowarzyszenie Historii Ożywionej Jabłoniec 1914
Adres: ul. T.Kościuszki 6, 34-600 Limanowa
KRS: 0000485295
NIP: 7372203252
REGON: 122988528
Partnerzy:
Ta strona wykorzystuje pliki cookies i inne technologie. Korzystając z witryny wyrazasz zgodę na ich używanie.Dowiedz się więcejRozumiem